12 czerwca 2025 roku zapisze się jako dzień, w którym biurokratyczna inercja wygrała z moralnym kompasem. Departament Stanu USA, pod kierownictwem nowej administracji, złożył Federacji Rosyjskiej oficjalne życzenia z okazji Dnia Rosji. W momencie, gdy za naszą wschodnią granicą trwa krwawa wojna, a rosyjski reżim jest izolowany przez cywilizowany świat, gest ten nie może być traktowany jedynie w kategoriach kurtuazji. To polityczny błąd, który w Kijowie i stolicach wschodniej flanki NATO brzmi jak ponury żart, a na Kremlu – jak sygnał przyzwolenia.

Sytuacja, w której najważniejszy sojusznik wolnego świata składa gratulacje państwu terrorystycznemu, jest czymś więcej niż „drobną pomyłką”. To demonstracja niebezpiecznego trendu w amerykańskiej polityce zagranicznej, gdzie pod hasłami „realizmu” i „nowego otwarcia” gubi się fundamentalne rozróżnienie między ofiarą a agresorem. Ameryka pod rządami polityków z otoczenia Donalda Trumpa zdaje się zapominać, że protokół dyplomatyczny nie jest wartością samą w sobie, lecz narzędziem polityki. Użycie go w tym momencie legitymizuje reżim, który ten sam Departament Stanu powinien zwalczać sankcjami, a nie zasypywać depeszami gratulacyjnymi.

Paliwo dla machiny kłamstwa

Należy mieć świadomość, jak ten gest rezonuje w przestrzeni informacyjnej. Dla Władimira Putina życzenia z Waszyngtonu są bezcennym prezentem. Rosyjska propaganda nie omieszka wykorzystać tego faktu do budowania narracji o „normalizacji” stosunków. W rosyjskich mediach nie zostanie to przedstawione jako urzędniczy automatyzm, lecz jako dowód na to, że Zachód jest zmęczony wojną i gotów do powrotu do interesów.

To policzek dla euroatlantyckich sojuszników. Przez lata budowano jednolity front izolacji Moskwy, przekonywano świat, że z państwem łamiącym Kartę Narodów Zjednoczonych nie utrzymuje się serdecznych relacji. Jedna niefortunna depesza z Waszyngtonu podważa te wysiłki skuteczniej niż rosyjskie trolle. Pokazuje pęknięcie w zachodniej zbroi, które Moskwa natychmiast wykorzysta do wbijania klina między USA a Europę.

Gdzie jest granica „szacunku”?

W tej sytuacji rodzi się pytanie o reakcję partnerów USA. Czy znajdzie się państwo, które odważy się zwrócić uwagę amerykańskim decydentom – Trumpowi, Rubio i innym – że szacunek dla suwerennej polityki Stanów Zjednoczonych nie oznacza akceptacji dla czczenia reżimu Putina? Taka nota dyplomatyczna, wskazująca na niestosowność tych działań wobec sojuszników ponoszących koszty rosyjskiej agresji, byłaby aktem odwagi i koniecznej asertywności.

Niestety, w świecie realnej polityki odwaga jest towarem deficytowym. Można przypuszczać, że większość stolic przemilczy ten incydent, obawiając się drażnienia nowego lokatora Białego Domu. To milczenie jest jednak przyzwoleniem na przesuwanie granic tego, co dopuszczalne w relacjach z agresorem.

Akrobatyka polskich apologetów

Na szczególną uwagę zasługuje tu postawa części polskiej sceny politycznej. Środowiska bezkrytycznie zapatrzone w nową administrację amerykańską stoją przed nie lada wyzwaniem. Jak pogodzić antyrosyjską retorykę z obroną sojusznika, który kłania się Moskwie?

Jak uczy doświadczenie, mechanizmy wyparcia zadziałają sprawnie. Polscy zwolennicy Trumpa najpewniej przemilczą to haniebne podlizywanie się Moskwie, albo znajdą dla niego karkołomne usprawiedliwienia. Usłyszymy o „wyższej konieczności”, o „grze mocarstw”, o tym, że to tylko „formalność”. To niebezpieczna droga. Jeśli polska klasa polityczna zaakceptuje taki styl uprawiania dyplomacji, w przyszłym roku niektórzy nasi politycy mogą być pierwszymi w kolejce do składania życzeń na Kremlu, byle tylko nie odstawać od waszyngtońskiego wzorca.

Logika równi pochyłej

Jeśli uznamy, że składanie życzeń z okazji Dnia Rosji – w trakcie trwania ludobójczej wojny – jest akceptowalne, otwieramy puszkę Pandory. Logika „biznesowego podejścia” do dyplomacji, pozbawiona moralnego kręgosłupa, prowadzi na manowce. Idąc tym tokiem myślenia, zwolennicy „dealowania” z Putinem mogą wkrótce składać życzenia z okazji rocznicy Rewolucji Październikowej, urodzin Stalina, czy innej daty symbolizującej rosyjski imperializm.

W ostatecznym rozrachunku, w ramach nowego porządku świata, w którym liczy się tylko siła i strefy wpływów, można sobie wyobrazić nawet dyskusję o oddaniu „matuszce Rosji” Alaski, o co od lat upominają się rosyjscy nacjonaliści. Brzmi to jak absurd, ale jeszcze niedawno absurdem wydawało się, że amerykański Departament Stanu będzie słał ciepłe słowa do kraju, który grozi światu wojną nuklearną.

12 czerwca 2025 roku to data, która powinna być przestrogą. Dyplomacja pozbawiona wartości staje się jedynie cyniczną grą, w której ostatecznie wygrywają ci, którzy nie mają żadnych skrupułów. Wstyd, że lekcja ta płynie dzisiaj z Waszyngtonu.

Zrzut ekranu ze strony Departamentu Stanu USA

PB