Siewcy rosyjskiej propagandy w Polsce intensyfikują wysiłki, by udowodnić, że za ostatnimi aktami dywersji nad Wisłą stoi Kijów. Ich kluczowy argument jest zawsze ten sam: wykonawcami byli obywatele Ukrainy. W tej narracji fakty fundamentalne – dla kogo pracowali sprawcy, skąd przyjechali i kto ich opłacał – są celowo pomijane. Tę dezinformację wzmacniają tysiące wpisów internetowych trolli, a bierność administratorów mediów społecznościowych czyni ich współodpowiedzialnymi za falę nienawiści i wspieranie terroryzmu.

Choć mogłoby się wydawać, że tak prymitywna propaganda trafi jedynie do wąskiego grona odbiorców, rzeczywistość okazuje się bardziej złożona. Przekaz ten rezonuje wśród osób już nastawionych antyukraińsko, napędzanych resentymentami historycznymi lub problemami socjalnymi. Trafia również na podatny grunt polskiego piekiełka politycznego – część społeczeństwa jest skłonna uwierzyć, że akty dywersji to jedynie „rządowa manipulacja” mająca przykryć bieżące kryzysy, takie jak problemy koalicyjne czy dziura budżetowa.

Paradoks ukraińskiego zdrajcy

Istnieje również grupa odbiorców, która szczerze nie potrafi zrozumieć, dlaczego obywatele Ukrainy mieliby działać na rzecz Moskwy. To zdziwienie jest o tyle zaskakujące, że od lat wiadomo o istnieniu w tym narodzie grupy ludzi służących Kremlowi, nawet jeśli legitymują się ukraińskim paszportem. Emanacją tego środowiska był Wiktor Janukowycz, który przez lata rządził Ukrainą, realizując interesy rosyjskie (warto przypomnieć, że polscy politycy, jak Leszek Miller, jeszcze w 2013 roku podpisywali porozumienia o współpracy z jego promoskiewską Partią Regionów).

Odpowiedź na te wątpliwości jest prosta: formalnie są to Ukraińcy, w rzeczywistości zaś – zdrajcy, niemający nic wspólnego ze społeczeństwem walczącym z rosyjską agresją. Naród ukraiński walczy z najeźdźcą, podczas gdy kolaboranci wspierają agresora.

Trudność w zrozumieniu, że w jednym narodzie mogą funkcjonować obok siebie patrioci i sprzedawczycy, jest o tyle dziwna, że polska historia dostarcza podobnych przykładów. Nie trzeba sięgać do czasów Targowicy – wystarczy wspomnieć okres PRL-u, gdy komunistyczni decydenci na rosyjskich bagnetach rządzili Polską, prześladując własnych rodaków. Również współczesność dostarcza bolesnych dowodów: od 2014 roku działacze niektórych polskich formacji nacjonalistycznych jeździli do Donbasu, by wspierać prorosyjskich separatystów – propagandowo lub z bronią w ręku. Postaci takie jak sędzia Szmydt czy dezerter Czeczko, uciekający pod skrzydła reżimu Łukaszenki, dobitnie pokazują, że zdrada nie ma narodowości.

Mechanizm prowokacji: kazus Użhorodu

Moskwa do perfekcji opanowała wykorzystywanie podziałów społecznych, hodowanie ekstremistów i używanie ich do operacji pod „fałszywą flagą”. Idealnym przykładem takiego działania, w którym role zostały odwrócone, był incydent z 2018 roku.

W lutym 2018 roku w Użhorodzie na ukraińskim Zakarpaciu dwóch Polaków, Adrian M. (22 lata) i Tomasz Sz. (26 lat), podjęło próbę podpalenia budynku Towarzystwa Kultury Węgierskiej Zakarpacia przy użyciu koktajli Mołotowa. Sprawcy byli powiązani z polskim środowiskiem skrajnie nacjonalistycznym (Falanga), a ich celem nie była walka z Węgrami, lecz skłócenie Budapesztu z Kijowem. Aby skierować podejrzenia na tzw. „banderowców”, na elewacji namalowali swastykę i liczbę „88”. Cel był jasny: wywołać międzynarodowy skandal, w którym wina spadnie na Ukraińców, a polski wątek pozostanie ukryty.

Akcja zakończyła się fiaskiem. Sprawcy zostali nagrani przez monitoring, a Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) błyskawicznie przekazała dane polskiej ABW. Obaj zostali zatrzymani i skazani na kary więzienia.

Międzynarodowa sieć mocodawców

Śledztwo ujawniło strukturę zleceniodawców, która sięgała daleko poza granice Polski. Organizatorem akcji w terenie był Michał Prokopowicz, lider krakowskich struktur Falangi i prorosyjskiej partii „Zmiana”, który zwerbował podpalaczy, płacąc im po 500 euro.

Kluczową postacią był jednak zleceniodawca Prokopowicza – Manuel Ochsenreiter. Był to niemiecki dziennikarz o skrajnie prawicowych poglądach, redaktor naczelny pisma „Zuerst!”, a przede wszystkim asystent i doradca Markusa Frohnmaiera, posła do Bundestagu z ramienia AfD (Alternatywa dla Niemiec). Ochsenreiter w swoich działaniach realizował wytyczne rosyjskich służb, co było na rękę zarówno prorosyjskiej części niemieckiej sceny politycznej, jak i samej Moskwie.

W tle tej sprawy pojawia się również wątek białoruski, zbieżny z ostatnimi aktami dywersji na kolei. Kuratorem prorosyjskich działań w Polsce był białoruski aktywista Aleksander Usowski. Z ujawnionych w internecie maili wynika, że Usowski, finansowany przez rosyjskiego oligarchę Konstantina Małofiejewa, opłacał polskich nacjonalistów za organizowanie antyukraińskich pikiet, niszczenie pomników oraz sianie nienawiści w sieci. To on przygotował grunt, z którego później skorzystał Ochsenreiter. Usowskiego należy postrzegać jako przedłużenie moskiewskich służb, które często operują z terytorium Białorusi, wykorzystując do swoich celów obywateli różnych państw.

Los „użytecznych narzędzi”

Historia z Użhorodu niesie za sobą istotną lekcję dotyczącą losu kolaborantów. Manuel Ochsenreiter, chcąc uniknąć odpowiedzialności karnej w Niemczech, uciekł do Rosji. Tam, w Moskwie, zmarł nagle na „zawał serca”.

Przypadek ten pokazuje, że Moskwa traktuje swoich agentów jak narzędzia jednorazowego użytku. Współpraca trwa tylko dopóki jest korzystna dla Kremla. Polski wymiar sprawiedliwości, mimo wyroków więzienia, daje szansę na przeżycie – wykonawcy z Falangi odbyli swoje kary. Natomiast los Ochsenreitera, Czeczki, a być może wkrótce innych uciekinierów, dowodzi, że mocodawcy ze Wschodu potrafią fizycznie eliminować świadków i zużyte aktywa.

Warto odnotować, że w przypadku ataku w Użhorodzie strona ukraińska zachowała dużą dojrzałość polityczną. Kijów nie domagał się od Polski przeprosin i nie wykorzystał incydentu do budowania nastrojów antypolskich. Zrozumiano, że choć terroryści posiadali polskie paszporty, zlecenie przyszło z Moskwy. I to ona, a nie Polska czy Niemcy, ponosi wyłączną odpowiedzialność za ten akt terroru.

Grafika AI

PB