Główne obszary zainteresowania macherów od informacyjnej dywersji to nie tylko podważanie sojuszy ze Stanami Zjednoczonymi, NATO czy Unią Europejską. To także kwestie religijne, kulturowe, czy historyczne. Mnogość rozpuszczanych przez Rosję fałszywych narracji, teorii spiskowych i zmanipulowanych sygnałów powoduje jednak, że nieświadomy konsument treści może niepostrzeżenie wejść w obręb toksycznej chmury dezinformacji, z której trudno się wydostać.

To już druga część analizy wydanego praz Państwowy Instytut Badawczy NASK raportu pt. „Zjawisko dezinformacji w dobie rewolucji cyfrowej. Państwo. Społeczeństwo. Polityka. Biznes”.

W tej części opiszemy, jak rozpoznać rosyjską propagandę w obszarach geopolityki oraz bezpieczeństwa i jej aktywność na polach relacji polsko-ukraińskich.

I tak jak w poprzedniej części – rosyjska dezinformacja bazuje często na faktycznych incydentach, tendencjach, czy też dyskusjach pojawiających się w przekazie medialnym i wśród opinii publicznej. Są one wykorzystywane by pokazać rzekome „zagrożenie”, wyolbrzymić skalę, lub przedstawić marginalne wydarzenia tak, jakby stanowiły one niebezpieczeństwo nie tylko dla relacji politycznych, ale nawet dla przeciętnego obywatela.

Specjaliści z BBN wymieniają w tym zakresie następujące hasła: „Wojna pomnikowa; polskie roszczenia wobec Lwowa, poniżanie ukraińskich pracowników, Lachy za San, czy też wszelkie treści na temat tego, że „pracownicy ukraińscy w Polsce stwarzają liczne zagrożenia”.

Matryca ukraińska jest dość dobrze opisana. Z oczywistego powodu – Rewolucja Godności na Ukrainie (2013 r.) oraz późniejsza agresja Rosji na Krym i Donbas sprawiła, że kraj za nasza wschodnią granicą od kilku lat z oczywistych względów pozostaje w centrum zainteresowania mediów i polityków.

Równie ważny jest postępujący od kilku lat napływ Ukraińców do Polski, których (według różnych szacunków) jest nad Wisłą od miliona do dwóch milionów. Ludzie ci w znakomitej większości integrują się z Polakami, są towarzyszami w pracy, a coraz częściej członkami rodzin. Większość z nich czuje się w Polsce dobrze, o czym świadczy fakt, że według raportu opublikowanego przed kilkoma tygodniami przez centrum analityczne firmy Gremi Personal, ponad połowa ukraińskich imigrantów chce pozostać w Polsce na dłużej niż trzy lata. Co więcej, według badań przeprowadzonych na Ukrainie, obywatele tego kraju deklarują do Polaków olbrzymią sympatię. Nasz kraj jest niezmiennie w czołówce „lubianych”.

Trochę gorzej jest w drugą stronę – jak wynika z sondażu CBOS z marca b.r. – sympatię do Ukraińców deklaruje 35% Polaków, a niewiele mniej, bo 33% odnosi się do nich z niechęcią. Obojętność w tym temacie deklaruje 28% naszych rodaków. To zmiana, ponieważ w analogicznym badaniu z ub. roku niechęć przeważała nad sympatią (41% wobec 31%). Widać jednak brak symetrii.

Powodów może być wiele. Polska jako kraj homogeniczny narodowościowo przez dziesiątki lat nie stała w obliczu konieczności przyjęcia masowej migracji. To Polacy przez ostatnie sto lat wyjeżdżali z kraju, uciekając przed wojnami lub komunistycznym zniewoleniem, czy też jak po akcesji do Unii Europejskiej – w poszukiwaniu pracy. Dość powiedzieć, że pokolenie, które pamięta wielonarodowościową II RP odchodzi niestety w przeszłość.

Między innymi to sprawia, że w obliczu rzeczywistego exodusu Ukraińców na Polskę, pojawiają się problemy. Sytuacja w której z kimś mówiącym w obcym języku spotykamy się już nie tylko w relacji tubylec – turysta, ale także w pracy, sklepie, czy najbliższym sąsiedztwie, może być dla wielu z nas nieznana, przez co jawi się jako niekomfortowa i budząca niepokój. Zresztą – osoby przybywające do nas również mają swoje ograniczenia, lęki i przyzwyczajenia. Co zrozumiałe, na tym tle dochodzi do konfliktów. Nie jest to jednak sytuacja nieznana w świecie i historii. Wystarczy spytać każdego, kto miał okazję pracować i mieszkać za granicą, jak reagowali na niego „lokalni”.

Relacje polsko – ukraińskie są jednak wyjątkowe z innego powodu – trudnych relacji historycznych. Chodzi oczywiście o kwestie związane z ludobójstwem dokonanym na Polakach przez Ukraińską Armię Powstańczą (UPA) i ludność cywilną na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Według różnych szacunków w latach 1943 – 1946 śmierć z rąk oprawców poniosło od 60 do 120 tys. polskich obywateli. Ludobójstwo wołyńskie jest dla Polaków jednym z fundamentalnych elementów pamięci o II wojnie światowej. Zupełnie inaczej niż na Ukrainie, gdzie ten temat jest albo w ogóle nie znany, albo przedstawiany jako „wojna polsko – ukraińska”. Co więcej, sama UPA jest przez obywateli Ukrainy postrzegana (jeśli już cokolwiek o niej wiedzą) jako formacja narodowo – wyzwoleńcza. Żołnierze UPA walczyli z okupacją sowiecką aż do późnych lat 50. XX wieku, co skłania część tamtejszych historyków do porównywania ich w tym zakresie z polskim podziemiem niepodległościowym. To z kolei powoduje, że w sytuacji rosyjskiej agresji na Ukrainę, to UPA jest pierwszą w kolejności formacją wojskową, do której tradycji mogą odwołać się Ukraińcy.

Tak zresztą czynili. Powtórzmy jednak – nie miało to praktycznie żadnego związku z relacjami polsko – ukraińskimi czy tragiczną przeszłością, antypolskie treści w obecnej narracji na temat UPA to na Ukrainie margines.

Jak zwraca uwagę Michał Urban, naukowiec z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w obszernym opracowaniu: „Ukrainiec jako wróg: rosyjska propaganda i jej wpływ na nastroje w Polsce”:

Rosyjska propaganda, kreująca obraz Ukraińców jako antypolskich, okrutnych nacjonalistów nie odnosiłaby sukcesów wykorzystując jedynie ksenofobiczne nastroje radykalnego marginesu oraz fabrykując bulwersujące informacje; w tym celu zaczęto wykorzystywać fakty oraz pamięć o nich, a także rozbieżności w dyskursach historyczno-tożsamościowych, poddając je silnej manipulacji”.

Otóż to. Problem jednak jest, ponieważ nakładają się na to kwestie polityczne takie jak: polityka Kijowa, który nie zawsze gotów jest współpracować z Warszawą w kwestiach upamiętnień ofiar Wołynia, czy badań ekshumacyjnych. A jeśli dodać do tego wciąż żywą pamięć o „polskim Lwowie” i niekiedy protekcjonalne zachowanie polskich polityków w tej kwestii, dostajemy potężny pakiet problemów, które są naturalnym środowiskiem dla propagandzistów i dezinformatorów.

To dlatego siewcom propagandy i dezinformacji zależy na przedstawieniu każdego obywatela Ukrainy jako potencjalnego piewcy wołyńskiego ludobójstwa, czy nacjonalistycznych i ludobójczych idei wyznawanych przez część dowódców UPA .

W Polsce rozsadnikami takiej narracji są przede wszystkim kanały rosyjskiej propagandy takie jak Sputnik, oraz część mediów skrajnie prawicowych. Największy impakt mają jednak sieci społecznościowe, zamknięte grupy na Facebooku, kanały w serwisach typu YouTube i innych.

I choć potencjalne zainteresowanie podobnymi treściami jest niewielkie, to co jakiś czas przebijają się one także do mediów głównego nurtu, najczęściej za sprawą populistycznych polityków prawicy, którzy w ten sposób chcą pozyskać względy w radykalnie nastawionym, marginalnym elektoracie. Taka narracja w połączeniu z rzeczywistymi przypadkami konfliktów pomiędzy Polakami i Ukraińcami może sprawić, że część społeczeństwa świadomie lub bezwiednie uprzedza się do samego państwa ukraińskiego i do obywateli Ukrainy.

Stworzenie i utrwalenie kliszy „Ukrainiec – banderowiec” byłoby jednym z niewątpliwych sukcesów rosyjskiej propagandy. Także dlatego, że ewentualne pogłębiające się konflikty stworzyłyby naturalne podglebie do wszelakiego rodzaju incydentów, prowokacji czy tragedii. To zagrożenie jest dowodem, że Kijów i Warszawa mają jeszcze wiele do zrobienia.

WM

Fot. pixabay.com