Ciągnie wilka do lasu. Ostatnia wizyta Leszka Millera w Rosji i to, co o niej wiadomo, pokazuje, że nie ma dla byłych komunistycznych działaczy miejsca bardziej komfortowego niż otoczenie kremlowskich notabli, rosyjskiego oligarchatu i ludzi ze środowiska postsowieckich służb specjalnych.

Gdybym był złośliwy, tekst rozpocząłbym od przypomnienia kwestii „moskiewskiej pożyczki”, którą w styczniu 1990 r. KPZS przekazała polskim komunistom. Wówczas 1,2 mln dol. pochodzących z zasobów KGB trafiło do Polski poprzez Mieczysława Rakowskiego i właśnie Leszka Millera. Gdybym był jeszcze bardziej złośliwy, spytałbym, czy to, co na temat dzisiejszej Rosji, ale i Rzeczypospolitej, wygadywał ostatnio Miller rosyjskim mediom, nie ma związku ze spłatą owej pożyczki. A wygadywał rzeczy niesamowite.

Wrócił do swoich

Okazją do udzielenia wypowiedzi rosyjskim mediom dla byłego premiera i przewodniczącego SLD była wizyta w czarnomorskim Soczi z okazji 14. spotkania Klubu Wałdajskiego. To w założeniu elitarne forum ekspertów, którzy pochylają się wspólnie nad polityką wewnętrzną i zagraniczną Federacji Rosyjskiej. To nie pierwsza wizyta Millera „na klubie”. W 2010 r. uczestnicy spotkali się z Władimirem Putinem w jego letniej rezydencji w Soczi. Wówczas Polskę „reprezentowali” Adam Michnik, Andrzej Rozenek oraz właśnie Leszek Miller.

Tegoroczny „klub” musiał być dla Millera swoistym powrotem na stare śmieci. Na łamach „Sputnika”, rosyjskiej tuby propagandowej publikującej w wielu językach (w tym po polsku), były premier relacjonuje swoją wizytę z nieukrywanym zachwytem. Wspomina „świetne warunki”, „ośnieżone szczyty”, wygodę pięciogwiazdkowego hotelu Polyana i dobrą pogodę, która sprzyjała dyskusjom. „Nie było mnie na Wałdaju siedem lat i byłem ciekaw, co też w organizacji i poziomie debat się zmieniło” – rozczula się Miller. I tak utyskuje, że z poprzednich debat został jedynie „wysoki poziom intelektualny prowadzonych dyskusji i bogactwo wyrażonych opinii”. „Śladu jednak nie ma po klimacie optymizmu” – martwi się. Nie tłumaczy oczywiście, dlaczego tak się stało. Poza momentem, gdy mówi o stosunkach polsko-rosyjskich.

Winna polska rusofobia

Oprócz opublikowania autorskiego tekstu Leszek Miller udzielił też wywiadu Leonidowi Swirydowi, dziennikarzowi wydalonemu z Polski pod zarzutem szpiegostwa, dziś pracownikowi „Sputnika”. Mówi mu, że oto „rusofobia stała się oficjalną doktryną państwową, ustały kontakty na wszystkich piętrach władz, a straszenie Rosją stało się obowiązkową codziennością”. Narzeka przy tym, że i „Moskwa z kolei nie widzi Polski z wysokości Kremla i nie umieszcza jej w swojej globalnej strategii”. Jak łatwo się domyślić, nie wspomina ani o katastrofie smoleńskiej, ani o rosyjskiej agresji na Gruzję, ani o późniejszej agresji na Ukrainę, która kosztowała życie tysięcy osób, ani o aneksji Krymu, ani o wielopoziomowej wojnie hybrydowej, jaką Rosja toczy z całą Europą, a nawet ze światem, ingerując choćby w procesy wyborcze w USA.

Z tekstu byłego premiera można wywnioskować, że za „zmianę klimatu” w stosunkach polsko-rosyjskich, za ową „rusofobię” odpowiedzialna jest wyłącznie Polska. „W rozmowach kuluarowych padały czasem uwagi dotyczące sytuacji w Polsce, ale głównie w kontekście niszczenia symboli radzieckich i grobów poległych czerwonoarmistów” – pisze Miller.  W wywiadzie pytany o kwestię dekomunizacji dodaje: „To fałszowanie historii oparte na subiektywnych opiniach poszczególnych ludzi”.

Ów wywiad to również wgląd w duszę byłego aparatczyka PZPR-u, który obecnie w Polsce cieszy się renomą wyważonego komentatora. Miller sugeruje wprowadzenie ruchu bezwizowego między UE a Rosją, krytykuje sankcje nałożone na Rosję po aneksji Krymu, a bandycką aneksję półwyspu porównuje z Kosowem. „Większość krajów zachodnich uznała Kosowo, mimo że nie było tam referendum. To dobry przykład podwójnych standardów w polityce międzynarodowej” – podkreślił Miller, powtarzając to, co od dawna słyszymy z wszelkich „głosów Kremla”. Wpisuje się tym stuprocentowo w rosyjską narrację propagandowo-dezinformacyjną.

Tak jest również wówczas, gdy rosyjskiemu dziennikarzowi opowiada Miller o Władimirze Putinie. „Putin wybrał sobie sylwetkę zdecydowanego, mocnego człowieka, który chce zapewnić swojemu krajowi pozycję światowego mocarstwa. […] Każdy polityk, który chce być wygrany, musi stosować takie metody, które w oczach społeczeństwa dają mu właśnie tę siłę” – mówi o rządzącym żelazną ręką pułkowniku KGB. Pojawia się tu wręcz zrównanie toczącego krwawe partie szachów Putina z politykami Zachodu – Angelą Merkel i Donaldem Trumpem. Miller nie ma także wątpliwości: Putin wygra kolejne wybory, wszak Rosjanie go kochają.

Pożyteczny postkomunista

Arcyciekawe jest to, co Miller mówi na temat Nord Stream 2. Pytany o polski sprzeciw wobec jego budowy oraz o to, czy nastąpi przedłużenie umowy z Gazpromem, czy też Polska zdecyduje się na dywersyfikację surowca, Miller odpowiada że „w sprawie jest za dużo polityki, a za mało rachunku ekonomicznego”. Cóż to oznacza? Miller nie wprost sugeruje, że rosyjski gaz jest lepszy, bo rzekomo tańszy. Przypomnijmy, że w 2003 r. to jego rząd zerwał umowę na budowę biegnącego dnem Bałtyku gazociągu z Norwegii. Otworzyło to drogę do budowy gazociągu Nord Stream, który ominął nasz kraj. Winą za to obarcza jednak były premier… polskie wsparcie dla Ukrainy. „Rosjanie proponowali łącznik gazowy przez Słowację, który miał omijać Ukrainę. Wtedy polskie władze wystąpiły w imieniu Ukrainy, były bardziej proukraińskie niż sama Ukraina. […] No i wtedy, jak pamiętam, Rosjanie podjęli decyzję: skoro nie można obejść Ukrainy, to przecież można położyć rurę po dnie Bałtyku […] i mamy to, co mamy” – mówi Miller, znów wpisując się w retorykę Moskwy.

Także inne wątki poruszane w wywiadzie przez byłego premiera RP sprowadzają się do uwiarygadniana i cywilizowania polityki Kremla. Taki zresztą jest od zawsze cel spotkań w Klubie Wałdajskim – urabianie międzynarodowej opinii publicznej poprzez liderów opinii. Wciąż obecny w polskich mediach Leszek Miller jest jednym z nich niewątpliwie, a ranga byłego premiera dodaje jego słowom powagi.

Smak całemu wywiadowi nadaje moment, gdy wydalony pod zarzutem szpiegostwa Swirydow pyta komunistycznego działacza z PRL-u, czy nie obawia się, że po powrocie do Warszawy będą mówili, iż jest agentem Kremla, Putina, a jego działaniem zainteresuje się ABW. Miller odpowiada: „Nikt mi nie będzie mówił, komu mam udzielać wywiadu, a komu nie, z kim się spotykać, a z kim nie”. Cóż, działaniami i słowami Millera nie powinien się interesować nikt. Z kolei to, że jeździ do Rosji i wygaduje rzeczy zgodne z rosyjskim modelem dezinformacji, nie powinno dziwić. Okazuje się, że były premier najwyraźniej pozostał człowiekiem Moskwy, jakim był oficjalnie od lat 60. ubiegłego wieku, kiedy wstąpił do Związku Młodzieży Socjalistycznej, a potem do PZPR-u. „Zajrzenie w głąb Rosji może być bardzo interesujące” – kończy Miller swój tekst dla propagandowego „Sputnika”. Cóż, zajrzenie w głąb czerwonej duszy Millera również.

(wm)

Tekst ukazał się pierwotnie w „Gazecie Polskiej Codziennie” 26 października 2017. Autor jest członkiem zespołu StopFake Polska.