W czasie trwającej od marca pandemii koronawirusa codziennie jesteśmy bombardowani niemożliwą nie tylko do weryfikacji, ale nawet do przyswojenia liczbą faktów, opinii, danych, ale także dezinformacji. Nic więc dziwnego, że część naukowców wraca do znanego od kilkunastu lat pojęcia „infodemii”.

By dowiedzieć się więcej o tym, czym jest „infodemia”, sięgamy do artykułu zamieszczonego na stronie Merriam-Webster. To amerykański wydawca podręczników, któremu sławę przyniosły szczególnie znane ze swej jakości słowniki.

Jak zauważają autorzy: „infodemia” to intuicyjne połączenie „informacji” i „epidemii”. Chodzi o szybkie i dalekosiężne rozprzestrzenianie się zarówno dokładnych, jak i niedokładnych informacji o czymś – na przykład o chorobie. 

– W miarę jak fakty, plotki i obawy mieszają się i rozpraszają, trudno jest uzyskać podstawowe informacje na temat problemu. Termin „infodemic” powstał w 2003 roku i był używany ponownie w czasach COVID-19 – czytamy. Jako pierwszy użył go 11 maja 2003 roku David Rothkopf, publicysta i politolog „Washington Post”. Działo się to w czasie dużo mniej morderczej i powszechnej pandemii SARS:

„SARS to historia nie jednej, ale dwóch epidemii. Druga epidemia ta, która w dużej mierze wyłoniła się z pierwszych stron gazet, ma skutki znacznie większe niż sama choroba. Dzieje się tak, ponieważ to nie epidemia wirusowa, ale raczej „epidemia informacyjna”. To ona przekształciła SARS, czyli zespół ostrego układu oddechowego, z chińskiego regionalnego kryzysu zdrowotnego w globalną klęskę gospodarczą i społeczną. To właśnie epidemia informacji, infodemia, sprawia, że kryzys zdrowia publicznego jest trudniejszy do kontrolowania i opanowania” – pisał Rothkopf i dodawał:

Co dokładnie mam na myśli przez „infodemiczny”? Kilka faktów, zmieszanych ze strachem, spekulacjami i plotkami, wzmocnionych i szybko przekazanych całemu światu przez nowoczesne technologie informacyjne. To wszystko wpłynęło na krajową i międzynarodową gospodarkę, politykę, a nawet bezpieczeństwo w sposób, który jest całkowicie nieproporcjonalny do pierwotnej rzeczywistości. To zresztą zjawisko, które obserwujemy w ostatnich latach z coraz większą częstotliwością. – Nie tylko w naszej reakcji na przykład na SARS, ale także w naszej reakcji na terroryzm, a nawet na stosunkowo drobne zdarzenia”.

Brzmi znajomo, prawa? A przecież rok 2003 to informacyjna prehistoria – czas ledwo co przyswojonej telefonii komórkowej, okres przed pojawieniem się smartfonów, sieci społecznościowych czy ogólnodostępnego Internetu. Nic więc dziwnego, że w czasie COVID-19 „infodemia” powróciła z nieznaną dotąd mocą, choć większość z nas nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.

„Nie walczymy tylko z epidemią; walczymy z infodemią” – powiedział Tedros Adhanom Ghebreyesus, dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) na spotkaniu ekspertów ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa w Monachium w Niemczech w połowie lutego. Ghebreyesus przyznał wówczas, że fałszywe wiadomości „rozprzestrzeniają się szybciej i łatwiej niż ten wirus” (COVID-19 – red.).

Znamy to doskonale – każdego dnia nasze kanały informacyjne są w kilkunastu – kilkudziesięciu procentach wypełnione wszelakimi informacjami na temat COVID-19. Ale by to lepiej sobie zobrazować przytoczmy dane PAHO. (Pan American Health Organization). Jest to międzynarodowa publiczna agencja zdrowia pracująca nad poprawą zdrowia i standardu życia mieszkańców obu Ameryk. W maju br. pisano tak:

„W ciągu ostatnich 30 dni pod hasłem „COVID-19” pojawiło się 361 milionów filmów wideo na YouTube. Jednocześnie w Google Scholar od momentu wybuchu pandemii opublikowano ponad 19 tys. artykułów. W samym tylko marcu w serwisie Twitter zamieszczono 550 milionów tweetów zawierających: coronavirus, corona virus, covid19, covid-19, covid_19, albo pandemia”. Ile jest dzisiaj? Łatwo sobie wyobrazić, choć to i tak nie ma sensu – rzecz jest nie do ogarnięcia.

Czy infodemia, podobnie jak koronawirus zostanie z nami na dłużej? Wiele na to wskazuje. Coraz powszechniejszy dostęp do mediów, zjawisko infotaimentu (połączenie informacji z rozrywką) ale także dobrze nam znana dezinformacja polityczna, biznesowa i każda inna – wszystko to sprawia, że jesteśmy prawdopodobnie skazani na ciągłe przeładowania naszych mózgów. Wydaje się jednocześnie, ze nie ma na to szczepionki. Można jedynie dawkować sobie informacje i korzystać ze sprawdzonych źródeł.

WM / Merriam-Webster.com

Fot. pixabay.com